SportGURU – sklepy stacjonarne i online dla biegaczy i triathlonistów, serwis online z recenzje sprzętu, największy wybór butów biegowych, odzieży biegowej, sprzętu triathlonowego, rowerów, treningi dla biegaczy i triathlonistów

BIEGANIE | TRIATHLON | ROWERY

HTG czyli najsmaczniejsze banany

luk_plywanie

Przedstawiamy relację Łukasza z Teamu Sport GURU, który szczęśliwie i z sukcesem zakończył swój debiut na dystansie długim w Herbalife Triathlon Gdynia 2014.Decyzję o starcie w tej prestiżowej imprezie podjąłem 4 miesiące temu. Co więcej podjąłem ją nie mając na koncie żadnego triathlonowego startu! Nie wiedziałem jak wygląda strefa zmian, co to jest lemondka ani co to znaczy nawigacja w wodach otwartych, baaa nie umiałem nawet pływać (po jednym basenie miałem zadyszkę jak po 10km biegu ciągłego). Nie wiedziałem po prostu co to triathlon. Decyzję jednak podjąłem i zacząłem przygotowania.

W dzień startu byłem bogatszy o doświadczenie dwóch startów na dystansie 1/4 IM w Serocku i Poznaniu, umiałem więc przepłynąć 950 metrów ciągiem, przejechać 45km na rowerze bez zatrzymania i przebiec 10,5km (i to wszystko ciągiem). Miałem też za sobą przebiegnięty 1 (słownie: jeden) półmaraton treningowo i dwa starty biegowe na 5 i 10km. Podsumowując: zupełnie nie wiedziałem co mnie czeka.

Startowa niedziela powitała mnie o 7:10, miała być 6:30, ale po dwóch dniach pracy na EXPO cała ekipa Sport GURU miała wieczorem w sobotę zakwasy w żuchwie i każdej innej części ciała związanej z doradztwem produktowym. Wstałem więc – prysznic, kleik, BCAA, łyk kawy , dwie szybkie dwójki i byłem ,,gotów”… Szybkim krokiem, właściwie biegiem do strefy zmian, bidony z izotonikiem w uchwyty, żele na ramę, koła sprawdzone – twarde, ostatni rzut oka na lemondkę – trzyma się, w końcu wczoraj założyłem (sam się zfitowałem) – śruby dokręcone. Trislide na szyję (nigdy wcześniej nie pływałem w piance w słonej wodzie) jako zabezpieczenie przed obtarciami, teraz pianka (zmieściłem się damską S-kę), ale zanim pianka – trzecia dwójka (prawie jedynka) i biegiem na start – jest 8:50. Zero rozgrzewki.

Na starcie czwórka GURU wojowników: Kasia, Cyprian, Patryk, no i ja. 9:00 wystrzał z armaty – no i poszli!

PŁYWANIE – 1,9km

Nie minęła minuta – ktoś zahaczył u mój chip, w ostatniej chwili złapałem go wiszącego na nodze, zacząłem płynąć trzymając go w ręku, jednak po szybkiej kalkulacji zadecydowałem zostawić go w otchłani zatoki i ruszyć na pozostałe 1850 metrów bez zaciśniętej ręki. Ileś metrów dalej zobaczyłem katamaran – był bardzo blisko, a przynajmniej tak mi się wydawało bo płynąłem do niego wieczność (pod drodze walcząc z KrauloNagleŻabkowiczami od, których zebrałem stosowną ilość kopniaków na twarz). Na zakręcie przy katamaranie kraulowiczów nie było, szybki rzut oka na katamaran (na burcie sędziwy Pan z mniej sędziwą Panią z – podejrzewam – sędziwą whiskey w ręką) – niespodziewanie miły widok i uśmiech na twarzy, ale czas płynąć dalej. Po około 500 metrach widzę dno na tyle dokładnie, że zaczyna muskać moją twarz, wstaję i widzę, że łuk , którym chciałem popłynąć wyprowadziłby mnie na trasę biegową – szybki powrót i ostatnia prosta, bardzo długa ostatnia prosta… Wyjście z wody i pierwsze rzucenie okiem na zegarek 36 minut z małym hakiem – jak na mnie rewelacja. Wąskie koryto dobiegowe do T1, w którym co chwilę krzyczałem lewa wolna, w końcu i tak przebiegając prawą (woda zatkała uszy niejednemu).
T1 – ileś tam minut

W strefie zamian czekał na mnie Igor (Team Magnesia), właśnie kończył obrządek kiedy zrzucałem piankę i jakimś nieszczęśliwym ruchem rozwiązał swój pas startowy. Usłyszałem tylko -Pomóż. – i zamiast przebierać się dalej – celowałem w zawleczkę paskiem. Udało się na tyle szybko, że zanim Igor wyjął rower ja już biegłem przez strefę w pełnym rowerowym rynsztunku (przeskakując nad KrauloNagleŻabkowiczami, którzy pianki zdejmowali na leżąco).

ROWER – 90km

Na początek: Draftowałem za co piach mi w zęby. Nieważne ile. Więcej nie będę.

Wsiadam na rower i pedałuję, początek ostrożnie mijam całe watahy, wyjazd z miasta, czuję że doszedłem do siebie więc zaczynam kręcić nogą, jest dobrze, piję, mijam, jem pierwszy żel – od razu czuję, że słabo się trawi, jadę dalej, zaczyna się dobry asfalt, mocniej kręcę i tak prawie całe pierwsze koło, średnia 36km/h, jem drugi żel, po którym wiem, że już więcej żelu nie zjem (przynajmniej podczas tego wyścigu) – myślę DOBRZE, połamię 2:30, dojeżdża mnie GURU Cyprian, chwila pogawędki i rusza dalej (POC na głowie zobowiązuje), kończę pierwsze koło, kilka okrzyków i jazda dalej. Po wyjeździe z miasta zaczyna wiać, MOCNO wiać, do 60km kręcę jeszcze jak tako, ale po zaczyna się prawdziwa męczarnia. Na nawrotce mijam GURU Patryka (zbijamy pionę) jadę dalej i tu zaczyna się rzeźba w gównie. Z każdym kilometrem powoli mnie odcina, nie mam siły trzymać głowy, chowam się jak mogę – za kim mogę. Średnia spada poniżej 35, ostatnie kilometry błagam o bieg, spuchnięty, blady docieram do gdyńskiego rynku, w ostatniej chwili wyjmuje nogi z butów i tu zaskoczenie – brak skurczy.

T2 – ileś tam więcej niż ileś tam minut

Tu pamiętam tylko zakładanie skarpetek i butów – to dobrze bo jak zwykle była to pewnie sterfa zwiedzania, a nie zmiany.

BIEG – 21,097km

HAMUJĘ! – to robię przez cały pierwszy kilometr 4:00-4:10-4:20-4:30 udało się wyhamować do średniej 4:38, udało się pierwszy raz na zawodach nie wypalić resztki ,,energii” na samym początku. Pod koniec drugiego kilometra dochodzi mnie GURU Patryk.
-,,Kur** cierpię.” – na tyle było go stać. Chwilę biegniemy razem, ale wiem, że muszę wrócić do swojego tempa, odpuszczam, a Patryk powoli mi odchodzi – tracę go z pola widzenia – zaczyna się pierwsza runda walki. Krok przez piętę, pospinany, twarz mi wykrzywia to w lewo to w prawo, ale ciosam do przodu. Punkt odżywiania, butelka wody na łeb – łyk wody do buzi. Jedziemy dalej, długa prosta wzdłuż plaży, opaska na drugie koło, w końcu widzę znajome twarze, chwila dopingu, drugi punkt odżywiania, widzę banany – BIERE i biegnę przeżuwając, widzę lubą, podbiegam buziak i dalej biegnę. Na długiej prostej widzę GURU Artura (przyjechał kibicować), podjeżdża, chwila rozmowy, a raczej moich pytań – Ile do Cypriana? – po wyrazie twarzy widzę, że daleko. Myślę – Patryka już nie dogonię, ale Cypriana muszę! – i przyspieszam kroku (oczywiście zwalniając 500 metrów dalej). Znowu walka, następna runda, zbieg i walka. Po drodze widzę Agisko (to były te żele) Piotrusia, który krzyczy, że mam chwilę straty do GURU Patryka. Myślę – ,,Aż tak zapierdalam?” – chwilę później widzę Patryka, już wiem, że nie zapier…. za to Patryk zapoznaje się (chyba pierwszy raz w życiu) z Gallowayem. Tak nie może być. Dobiegam, jest ścięty, chwilę biegniemy razem po czym mówi – ,,Schodzę.” – krzyczę jeszcze żeby szedł, żeby się nie poddawał, ale obracając się za siebie widzę, że stoi na poboczu. To koniec, nie mogę w to uwierzyć, koło później dowiem się, że zabrała go karetka. Zanim jednak się o tym dowiem sam odwiedzam punkt medyczny, który stał obok trasy i mrożę lewe kolano – przestaje współpracować – jest sztywne i boli jak… bardzo boli. Po zmrożeniu boli mnie bardziej, biegnę dalej, punkty odżywiania to dalej butelki wody na głowę i mały łyk do buzi, temperatura i słońce zaczynają łaskotać moją skórę, czuję się jak jajko na rozgrzanym tłuszczu, jem banany (najsmaczniejsze banany), jest fajnie, nie jest fajnie, znowu jest fajnie, jest tragicznie, chce mi się płakać (z powodu Patryka) cieszę się jak głupi, krzyczę do ludzi wszystko się zlewa, proszę lubą o colę, całe kółko jej szukam, nie ma coli nie ma jej, jest tragicznie, dowiaduje się, że Patryk trafił do szpitala, lecą mi łzy, biegnę dla niego, biegnę dla siebie, biegnę. Ostatnie koło to opaska i świadomość, że dobiegnę choćby nie wiem co prosta noga zaczyna się uginać – albo tak mi się wydaje. Dogonić Cypriana! Ostatni 2,5km, gdzie jest Cyprian. Ostatni kilometr, nie złamię 5h, biegnę, czasem przeskakuję, 400metrów, doping lubej, i pierwszy raz bez przyspieszenia na mecie, ale z największym w życiu bananem na japie wbiegam na metę. Czas: 5:02, GURU Cyprian 4:56 (bez szans na dogonienie), GURU Katarzyna i tu uwaga 5:18 (nie mijaliśmy się na trasie, ale wynik – znając nasz okres przygotowawczy – robi niesamowite wrażenie).

Patryk dostał dwie kroplówki i doszedł do siebie. Nie było czasu na świętowanie, ale dla całej GURU ekipy wielka PIONA, to samo tyczy się wszystkich uczestników, KrauloNagleŻabkowiczów też. Do zobaczenie w przyszłym roku na 70.3 IronMan Gdynia!

GURU Łukasz

 

To enjoy life to the fullest it is substantial to be wholesome. How can remedies help up? To order remedies online from a reputable web-site is safe. There are hundreds of safe internet pharmacies that will offer legitimate discounts. Variant drugs are used to treat respiratory infections, other ones to resolve other diseases. Fairly, you have to check with your druggist to see whether one of these drugs is a safe choice for you. Many individuals think about Cialis Commercials. Perhaps you know about Cialis Commercial Many think the efficacy of Cialis is well documented. Sexual heartiness dysfunction can ordinarily indicate health problems elsewhere. Sometimes men who take recreational drugs like cocaine find it inconvenient to maintain an erection and turn to erectile dysfunction remedies for a temporary solution. One way to resolve sexual dysfunction is to make some ordinary lifestyle changes, another is curing. Counseling may be good. Sometimes medical conditions or other medications may interact with Cialis. Throw away any treatment that is no longer needed. For instance the liquid medicines ideally must be kept in the refrigerator, but also may be stored at room temperature.

Komentarze

Autor